Chodzi mi taki jeden stary song po głowie ostatnio cały czas i nie daje odpocząć. Pewnie dlatego, że to dobry song jest. Pewnie dla tego.. It’s poison, running through my veins.
Ryc.1 Alicja w Krainie Czarów. Lewis Carroll nigdy by się nie spodziewał, że Alicja to chłop z jajami. A Kraina Czarów pełna skóry i łańcuchów.
Taki tytuł nosi nowa płyta Seasick Steve’a, którą należy znaleźć i odsłuchać. Bo to dobra płyta. Sam Steve jest dość ciekawą postacią – wieczny hobo nie znający nawet własnej daty urodzenia, grający na gitarach lepionych na ślinę i scotcha. Nie żeby przeszkadzało mu to grać z takimi gwiazdami jak Janis Joplin, o nie..
Zresztą, próbka poniżej:
Ryc 1. Trzy struny i pudełko, czyli jak grać dobrą muzę minimalnymi środkami.
Ryc 2. Z tytułowego albumu, delikatna strona Steve’a
Taki krótki wpis dziś, miało być jeszcze o Robie Tognonim i dużo więcej, ale kaca mam i ciężko mi się myśli. Jak śpiewał Linda ze Świetlikami “Szalenie.. delikatny jestem.. na kacu”
Czyli jak zepsuć świetną płytę umieszczając się na niej. Jako,że sprawca psucia powietrza jest tylko jeden, dzisiejszy odcinek nazywa się “Dlaczego The Cure ssie”
Ryc.Uno Ano właśnie dlatego. Tak drodzy państwo, to niby ma być cover Purple Haze. F.. you, The Cure!
Ten potworek pochodzi z płyty “Stone Free: A tribute to Jimi Hendrix”. Płyta pół-świetna, gwiazdy takie jak Clapton, Buddy Guy, Jeff Beck tudzież Seal,Spin Doctors, Pat Metheny (!) i Nigel Kennedy (!!) nagrywają swoje interpretacje utworów Jimiego. Więc czemu pół-świetna? Bo bandy mniej znane/mniej powiązane z muzyką blues(-rockową) starają się pokazać grając ich wydumane idee “Jak powinna wyglądać muzyka Hendrixa”. Szkoda tylko, że nagrywają utwory zupełnie nie mające nic wspólnego z oryginałem.
A Hendrixa poprawiać się NIE DA. Koniec, kropka.
Więc pół płyty jest do bani. Pół jest mega.
Taki disclaimer: nie odmawiam tu nikomu prawa do swobodnej interpretacji ani wypowiedzi, jak ktoś chce może wziąć utwór innej osoby i go spieprzyć ,bo uważa że tak lepiej brzmi, lub używać oryginalnych vinyli z 68′ za podstawki do piwa, ma do tego prawo, a ja mam prawo takich ludzi nienawidzić ;p
I disclaimera część 2: Jaco Pastorius pokazuje jak grać Hendrixa. Mimo szerokiej orientacji całości na jego wypasiony bas. Pastorius. To nazwisko brzmi jakbass slapping samo w sobie. Nic dziwnego że jest w tym taki dobry. Pastorius! Pastorius! Pa-Pa PaPaPa Pa-Pa PaPaPastorius
Informacja zaległa (jako ze blog nie miał update’ów),dla tych którzy jeszcze nie wiedzą.
13 sierpnia 2009 w Nowym Jorku zmarł Les Paul. Miał 94 lata. I do końca życia grał na gitarze przed publicznością.
Gdyby nie on, to na tym blogu nie byłoby w ogóle o czym pisać. Muddy Waters i Bob Dylan nigdy nie przestawiliby się na elektryki, Hendrix nie miałby czego podpalać na scenie, a gitara dalej byłaby tylko urządzeniem do brzdękania w tle.
Miałem ambitny plan napisać o kanadyjskiej grupie Great Lake Swimmers, ale tak naprawdę nie potrafię nawet jasno zdefiniować jaki rodzaj muzyki oni grają. Usypiający głos wokalisty akompaniowany spokojnym brzdękaniem pewnie ma jakąś nazwę. Ja nie wiem.
GLS dla mnie są zespołem jednego przeboju, bo choć ładnie się ich do kotleta słucha, to większość ich twórczości leci na jedno kopyto. Brzmię dość krytycznie ,ale wierzcie mi, i tak biją na głowę 90% z tego co można usłyszeć w radiu i telewizji. Taki miły band do posłuchania w ramach świątecznego chilloutu.
Ryc.1 “Your Rocky Spine”, czyli wszystko co potrzeba wiedzieć o GLS. Ładny teledysk gratis.
Było nie było mnie długo nie. Mam wykręt, sesja. I światełko w tunelu, po 3 latach trzeciego roku robię podstępy. I w życiu prywatnym też podstępnie. Zabluźniłbym sobie, że ciężko nie jest, ale wtedy (z reguły) życie się odwija z liścia co by takich głupot nie gadać. Więc tego nie powiem. Ale doktor coś przepisał i to działa.
Ryc 1. Młode Ladaca powiedzą co przepisał dóchtór. Proszę zwrócić uwagę na Emo grzywę klawiszowca. Oni istnieli już w ‘66 !
A teraz dalsze zaległości, tym razem muzyczne.
Początkujac od tego co tygryski lubią najbardziej, czyli blues’a. Dopadłem ostatnio takową płytę co się nazywa “Songlines” i okazuje się być albumem świetnego gitarzysty imieniem Derek oraz jego bendu (jak nazwa wskazuje). Powiem tylko, że Derek zasuwa jakby był czarny, wokalista jest czarny, a cała reszta jest jeszcze lepsza. Z tym bluesem to trochę zbajerowałem, głównym zajęciem TDTB jest miksowanie czego się da. Ale bluz tam zawsze gdzieś się czai.
Ponieważ 5:56 muzyki jest lepsze niż tysiąc słów, będzie nagranie (od Sony BadMofoGroup, mam nadzieję ze nie wyleci z jołtjuba)
Ryc 2. Derek Ciężarówek i jego bend śpiewają o Kruczej Jance.
Sprawy muzyczne jeszcze bardziej zaległe. Taki gatunek muzyki jest, co dla mnie zawsze był rockiem z południa. Jak się teraz okazuje, wcale nim nie jest, tylko się zwie Stoner Rock albo Desert Rock. Mocne to, proste w konstrukcji i generalnie przyjemne jak ktoś nie jest akurat zbyt wymagający w danym momencie. Przynajmniej trzy dobre kapele to robią.
Ryc 3. Bando numero uno: Wolfmother, najlepsza rzecz robiona w Australii od czasu AC/DC i Vauxhalla Monaro.
Ryc 4. bandy zwei: Eagles of Death Metal i Queens of the Stone Age. Oba zespoły pochodzą z Palm Desert i oba mają tego samego gitarzysta. Oba dostały tylko jedno miejsce w tym blogu i rzut monetą wypadł na EoDM.
Ryc 5. Zespół numer trzy: Cytujac za wiki (chciało mi się..) “The lyrics on Fu Manchu’s releases tend to stick to the topics of pinball, muscle cars, UFOs, Bigfoot, drugs, poker, women and skateboarding.” I jak tu ich nie kochać?
Mega zaległa sprawa (bonus hidden mega track)
Sabaton to taka power metalowa kapela, śpiewająca cały czas o wielkich bitwach,wojnie i innych zabawkach dla dużych chłopców. Niewiele lepsze to od Manowara (zwanego tu i tam Samowarem), ale jakos tak od albumu Attero Dominatus nie mogę się odczepić. Najbardziej rzewna z rzewnych piosenek świata, a z drugiej strony ich największy przebój to “Nuclear Attack”.. i nie będzie go tu. Jako maniak serii Silent Hunter wrzuce coś zgoła innego.
Stacja 1 (benzynowa). Miał być cover “Little Wing” Hendrixa, ale jołtjub ma same kiepskie nagrania z koncertów. Więc zamiast tego Popa, jeden z najlepszych żyjących gitarzystów świata, w obciachowy sposób popisze się swoim czerwonym Mustangiem Bossem.. Chyba 302 albo 351, zawsze chciałem takiego mieć :(
I w ten sposób startujemy z kolejną odsłoną długiego jak Moda na Sukces i wyczekiwanego jak Duke Nukem Forever serialu pt. “Dlaczego Covery Ssą?”
W dzisiejszym odcinku: Święty Jimi! Czyli covery które nie mogą być złe.
Właściwie to ciężko skopać songi boga gitary. Wynika to z prostego faktu, że aby zagrać “Voodoo Chile”, “Red House”, “Little Wing” czy jakikolwiek inny kawałek z rozbudowaną częścią do improwizacji/mega wielkim solo trzeba na gitarze umieć grać. Umiec przez duże U. Dlatego każdy cover JH który usłyszycie grany na scenie zawsze wykonywany jest przez gościa, którego nazwisko już dawno jest znane i poważane, a nie przez jakąś popową gwiazdkę. Tak z głowy kilka pierwszych: Stevie Ray Vaughn, G3 (w składzie Eric Johnson, Steve Vai, Joe Satriani + ewentualnie Yngwie Malmsteen), Leszek Cichoński (tak,my też mamy świetnych gitarzystów) czy Eric Clapton. Ten ostatni nagrał jako pierwszy cover “Little Wing”, pojawia sie na płycie “Layla and other assorted love songs“ Derek & The Dominos.
(dygresja)Świetna płyta, do dziś mam ją jeszcze na kasecie. Słuchanej tak często, że połowa taśmy została dawno przerzuta przez stada zdziczałych magnetofonów. Jak można się domyślać, jest to także pierwszy album na którym pojawia się “Layla” (/dygresja)
A mimo tego, na płycie “MTV Unplugged” udało mi się znaleźć taki cover, po którym siostry Corrs mają u mnie przechlapane na zawsze.
Stacja 2.Jimi Hendrix upada po raz pierwszy. A siostry Corrs podbiegają i go glanują.
Może i mógłbym im choć trochę wybaczyć, za ten piekny wokal. Ale niestety Sheryl Crow też ma piękny wokal, a poza tym była w stanie wyciągnąć swojego ex z domu coby jej piknie na gitorze przygrywał
Stacja 3. Podbiega Sheryl z Claptonem i ratują pamięć o Jimim.Mimo tego że wersja EC też odbiega daleko od oryginału. A potem David Sangborn wyjmuje sax i szczęka opada.
To tyle na dziś, strasznie poważna sprawa, te covery. Do zobaczenia w następnym odcinku.
Spóźnione kilka spraw, które powinienem był załatwić, a zostają niedopowiedziane z dniem 12 grudnia roku bezpańskiego 2008. W listy formie, bo listy są fajne, czytelne i dobrze służą analitycznym umysłom.
Punkt Einz) “Some scientists claim that hydrogen, because it is so plentiful, is the basic building block of the universe. I dispute that. I say there is more stupidity than hydrogen, and that is the basic building block of the universe. “
4 grudnia minęła 15 rocznica śmierci Franka Zappy. Cokolwiek o nim nie mówić, to był najzdrowiej pojebany człowiek świata. I świetny gitarzysta. I świetny kompozytor. I konsultant Czechosłowacji w sprawach kulturalnych. Lista jest długa, podobnie jak jego dyskografia.
ryc. 1 Słodka pani z BBC rozmawia sobie z Frankiem.
Punkt Two) “… powinna być lewa noga i prawa noga. A ja będę pośrodku.” (Sto punktów każdemu, kto zgadnie o czym ta wypowiedź..)
25 rocznica przyznania nobla Wałęsie minęła z hukiem. Całość imprezy ukradł koleś w pomarańczowym wdzianku, którego wszyscy pytali czy w samym szlafroku mu nie za zimno. Nie zeby pochodził z himalajów i tym bardziej nie żeby niektórzy ludzie od wieków się tam tak ubierali.
Ziemniak oczywiście nie przybył, akurat biegł na spotkanie w sprawie czegoś. Jak zwykle nie dobiegł.
A całą rocznica i solidarnościowa sprawa przypomina mi zawsze o jednym songu
ryc. 2 “Where The Streets Have No Name” w Slane Castle. U2 Wielki Fan Namber Łan powiedział mi, że to jeden z najlepszych ich koncertów.
Punkt Tres) Święta idą. Plajlista na ten rok, poprawna w 90% centrów handlowych: oczywiście zdecydowany numero uno “Last Christmas”, potem ” White Christmas”, “Do they know it’s christmas” (spłodzone na potrzeby Live Aid), “Jingle bell rock” (zawsze jak to słyszę to mam nadzieje że Mel Gibson i Danny Glover wpadną przez okno do sklepu i rozpierdzielą ten burdel na kawałeczki),” Christmas (baby please come home)”, “Merry Little Christmas” i nieśmiertelne “Let it snow, let it snow”.
Te dwie ostatnie najczęściej w wykonaniu Franka Sinatry, któego urodzinki całkiem nieoczekiwanie przypadkowo wypadają dzisiaj.
ryc. 3 Hah, myśleliście, że o tym zapomnę?
Punkt 4) Na zakończenie coś co mi po głowie łazi cały czas. W białych butach
ryc. 4 Gomez zaśpiewuje “See the World“
Punkt Piąty) Nie ma, spóźnił się. Albo uciekł i wogóle nie przyjdzie. Albo tak naprawdę nie istnieje.
Może będzie w następnym poście, jesli tendencja pisania o sprawach zaległych się utrzyma.
O tym że wielkim fanem coverów nie jestem wiadomo powszechnie. Mimo, że od czasu do czasu można spotkać covery lepsze od oryginałów (choćby Marlenka Mason wykonująca “Personal jesus”).
Problem w tym, że w pobliżu czai się popularne zjawisko samplingu.. I tak naprawde nie wiem co o nim sądzić. W pewnym sensie jest to brak kreatywności, tak bezczelnie wykorzystywac czyjeś kawałki, bo samemu nie ma się co napisać. Z drugiej strony, jak to mawiał Keith Richards “w tym co gramy pobrzmiewają wszyscy nasi muzyczni idole”. Łączymy to,co słyszeliśmy w jedną wielka papkę, a potem dodajemy coś od siebie. A potem ktoś bierze kawałek z tego i kółko się zamyka ( w linie prostą, o powtarzalnym wzorze).
Dla przykładu pora na dwa kawałki. “April, Spring, Summer and Wednesdays” Status Quo (tytuł od czapy, za to jaki dobry tekst)
Łatwo zauważyć, że piosnka ta ma dość chwytliwy riff. Właściwie poza riffem i tekstem nie ma tam nic więcej.
Lata później złe afroamerykany z Groove Armada wycięły sobie ten riff i wstawiły do ich własnej kompozycyji “Purple Haze” (tytuł też ..zsamplowany)
Co gorsza, efekt jest.. Swietny. Eh, to wymaga dalszych badań. Po drugim odcinku ‘dlaczego covery ssą’, that is.
A jeszcze bardziej nikt nie spodziewał się, że będzie za mną coś łazić od dłuższego czasu. Takie małe coś, w kształcie niby to płyta a niby pryzmacik. Łapie światło i wypuszcza tęczę wzbogaconą o masę niesamowitych dźwięków. A tak naprawdę jest jednym wielkim utworem i najlepszą płytą wszech czasów. Jedną z bardzo niewielu których mogę słuchać od początku do końca i rozpływać się w najbardziej zajebistym progresie w historii rocka. Dużo tych naj.. nie bez powodu.
Ladies and Gentleman, let me introduce you to the Dark Side of The Moon!
(champs, there’s nothing to see there, anyway. It’s dark for a reason..)
Jako że wszystko jest gites (póki co) moge się zwrócić ku sprawom o wiele większej wagi niż moje życie. Czyli wracamy do radosnych informacji ze świata muzyki!
Poniższe nagranie to cover “Folsom Prison Blues” w wykonaniu Everlasta, z jego ostatniej płyty. Po przesłuchaniu go (o zgrozo!) w całości straciłem cały szacunek do tego osobnika. Johnny Cash przewraca się w grobie.
Przykro mi, że tak fajny artysta popełnia takie gnioty…
But I shot Everlast in Reno, just to watch him die,
When I hear that cover blowin’, I hang my head and cry..
Wypadałoby od czasu do czasu napisać co tam u mnie.
W tym celu (jak zwykle) wyciągamy piosenkę sztuk jeden, odpowiednią do sytuacji, i podpisujemy się pod tekstem obiema ręcyma. W razie czego zawsze się mogę wykręcić, że to nie ja powiedziałem..
Dziwne, że jeszcze recenzji tego filmu nie napisałem. Więc zupełnie przypadkiem i od czapy mnie naszło, napiszę.
Oto ona:
Najlepszy film muzyczny od czasu “Blues Brothers”. I do tego wyczesana komedia, choć niezbyt wyszukany dowcip. Można oglądać w nieskończoność. Koniecznie!
Teraz będzie trailer:
A dla dalszej zachęty najwredniejsza piosenka z repertuaru Dewey’a Cox’a: