Dziwne, że jeszcze recenzji tego filmu nie napisałem. Więc zupełnie przypadkiem i od czapy mnie naszło, napiszę.
Oto ona:
Najlepszy film muzyczny od czasu “Blues Brothers”. I do tego wyczesana komedia, choć niezbyt wyszukany dowcip. Można oglądać w nieskończoność. Koniecznie!
Teraz będzie trailer:
A dla dalszej zachęty najwredniejsza piosenka z repertuaru Dewey’a Cox’a:
Powszechnie znanym faktem jest moja choroba umysłowa. Znaczy, autodebilistą jestem. I nie chodzi tu o samoogłupianie się, lecz że samochody kręcą mnie bardziej niż cycki (mówiłem, że to poważne zaburzenie).
Dlatego też jak zobaczyłem dzisiaj trailer remake’u Death Race jakieś 20 minut później siedziałem na krzesełku w Multikinie. Nie zawiodłem się, są piękne samochody i erotyczne brzmienie V8, jest dużo broni i eksplozji (oh yeah!) a potem jeszce więcej ścigania się,eksplozji i broni (oh double-yeah!). No i Jason Statham występuje. Do pełni orgazmu brakuje tylko roznegliżowanych lasek i muzyki drowning poola w tle. A fabuła? A fakt że z orginalnym Death Race 2000 z Kanem-który-chodzi-po-ziemi w roli Frankensteina praktycznie nie ma nic współnego? Kogo to obchodzi! Koniecznie obejrzeć!
Cały ten movie nakręcił u mnie straszną tęsknotę na Pomarańczową Picard Piranhę i przygody Groove’a oraz Jade Champion. Pewnie skończę marnując tydzień przed komputerem..
Nie będzie recenzji tego świetnego filmu (jeśli ominęła cię przyjemność – natychmiast odpalać torr…err, do wypożyczalni!), będzie o skutkach ubocznych.
Skutkiem ubocznym postu “The Look of Love” (w linku rozwiązanie zagadki*) odświeżyłem sobie “The Big Chill”.
Ale zamiast obejrzeć sobie muvi jak człowiek przez cały czas zastanawiałem się: czy tak będzie wyglądać ziomalstwo z mojej dzielni za lat 10? lat 20? Mieszanka tych, którym udał się sen o domku na przedmieściu, z tymi, którzy cały czas szukają celu w życiu? Kumple, którzy na chwile czują się dobrze, będąc razem, choć nic już tak na prawdę o sobie nie wiedzą? A wszyscy tak naprawdę pełni poczucia, że coś w życiu spieprzyli…
Oby nie. Inaczej to na moim pogrzebie się spotkacie ;)
A teraz z zupełnie innej beczki o innych skutkach ubocznych.
Za filmem ciągnie się świetny soundtrack ,który wepchnął mnie z powrotem w świat cudownego dźwięku z Motown. Dawno tam nie byłem i żałuję.
Motown, here I come!
——–
* Fragment tego utworu przez długie lata był motywem przewodnim Listy przebojów “Trójki” prowadzonej przez Marka Niedźwiedzkiego. Kto nie wie co to lista Trójki niech się schowa.
Z pewnością wiele osób kojarzy III epizod SW “Zemsta Sithów”. Mało kto wie jednak, że oryginalny tytuł brzmiał “The Backstroke of the West”.. znaczy chyba brzmiał.. właściwie ja juz wogóle nie wiem jak brzmiał,ale milion chińczyków nie może się mylić (po angielskiemu napisane).
Nie chodzi tu o tą sławetną kumulację w totka (bo nie wygrałem!) ale o kilka recenzji*, które skumulowały się przez te niezwykle nudne tygodnie. Pora je napisać, dla jakiegokolwiek porządku zacznę od płyt.
Na pierwszy ogień “La Peste” zespołu Alabama 3. Zespół, który gra dość dziwną muzykę (połączenie bluesa,country i house) zasłynął piosenką tytułową ich pierwszej płyty, “Woke up this Morning“, pojawiającą się jako motyw głółny serialu “Rodzina Soprano”. Na całe szczęście nie spoczęli na laurach i ich (trzecia już z kolei) płyta tylko podnosi poprzeczkę wyżej. Album bardzo mroczny, stanowiący logiczną całość i prawie bez słabych kawałków. Prawie.. Ich aranżacja “Hotel California” moim skromnym zdaniem jest zupełnie nietrafiona i niepotrzebnie została dołączona do płyty.Tym nie mniej warto posłuchać ( kilka utworów w całości udostępnia last.fm).
Jeśli juz przy mrocznej muzyce jesteśmy, to na drugie śnadanie koniecznie “Korova Milky Bar”, lekko leciwy już album Myslovitz. Jeśli ktoś przez ostatnie kilka lat mieszkał w jaskini i przypadkiem nie słyszał o zespole.. cóż, jego wielka strata. Na KMB chłopaki z Mysłowic wracają do klimatów które najlepiej im wychodzą – głębokiej melancholii podpartej lekko psychodelicznym brit rockiem. Jedna z niewielu płyt, które potrafię słuchać w kółko aż do omdlenia, detronizująca “Miłość w czasach popkultury”, reszty ich dyskografii nawet nie ma co przyrównywać. Najlepsza płyta Myslovitz. Serio serio.
Na obiadek Carl Perkins & Friends“Rockabilly Sessions”. Koncert zarejstrowany w 1986, z udziałem takich sław jak George Harrison, Ringo Starr, Eric Clapton czy też córka Johnny’ego Casha – Rosanne Cash. Jeden z jego lepszych fragmentów już się przewinął gdzieś w poście Back to the Roots, ale dobrotek nigdy nie zawiele..
Oczywiście nie mogłem się powstrzymać żeby nie puścic fragmentu z Claptonem :) Może to dlatego, że stanowi on najjaśniejszą (po Perkinsie) gwiazdę koncertu. Całość występu miodzio, super, palce lizać i konieczność dla wielbicieli lat 50-60. Zresztą o wartości nagrania świadczy jego finał, gdy po zbiorowym wykonaniu “Blues Suede Shoes” Carl ze łzami w oczach stwierdza, że gra tą piosenkę już od 30 lat ale po raz pierwszy usłyszał ją w takim świetnym wykonaniu. To chyba jest najlepsza recenzja..
A na koniec zespół, który właśnie idzie na moja tapetę: The Blasters ! (w fragmencie siakiegoś francuskiego dokumentu). Świetne piosenki i słuszne słowa wywiadu.
That’s all folks!
*Szkiców recenzji, żeby zachęcić do słuchania. Nie mam cierpliwości na dłuugie, dokładne i przypominajace analizy utworu literackiego w liceum.. Zresztą o muzyce niezbyt da się pisać, (żeby nie cytować Zappy** zaraz..)
** Frank Zappa miał talent do kwiecistych wypowiedzi, 100 punktów dla niego za tłumaczenie historii raju i inne sympatyczne komentarze do religii. Kolekcję cytatów ma oczywiście Wikiquote
Nie będę ukrywał, muzyka jest moją pasją i duża część tego bloga (lub blogu, wersja do wyboru) dotyczyć będzie właśnie jej. Zacznę więc od krótkiego peanu na cześć Quentina Tarantino, człowieka który udowadnia, że nie ma dobrego filmu bez dobrej muzyki.
Sceny z jego filmów, które dziś określa się jako kultowe, zawsze łączą się nierozerwalnie z muzyką: Mr. Blonde wyżywający się na policjancie do melodii “Stuck in the middle with You” zespołu Stealers Wheel w “Reservoir Dogs” (uwaga, scena brutalna,you have been warned), Mia Wallace i Vincent Vega twistujący w “Pulp Fiction” do “You never can tell” Chuck’a Berry’ego, “Bang Bang” Nancy Sinatry na otwarcie“Kill Bill vol.1″ czy też znajdująca się tam finałowa scena pojedynku do fragmentów melodii “Don’t let me be misunderstood” zespołu Santa Esmeralda zapadają w pamięć. Wyczucie i świetny gust Tarantino czynią jego soundtracki ucztą dla każdego audiofila. Ponadto te kilka minut na krążku stały się przepustką do sławy / pozwoliły ponownie odkryć artystów takich jak 5 6 7 8’s , Charlie Feathers, Dick Dale, George Baker i wielu innych.
Ale żeby nie słodzić tylko Tarantino pochwalić należy też takie filmy jak “The Big Lebowski”, “Blow”, “Snatch”, “Vanishing Point”, “Full Metal Jacket” czy “Forrest Gump”. Doskonale dopasowana muzyka, oddająca klimat i/lub epokę stała się integralną częścią tych filmów i jestem pewien, że bez niej nie odniosłyby one takiego sukcesu. O “Blues Brothers” nie wspominając..
Tyle moich dywagacji, choć znakomicie zdaję sobie sprawę, że ten krótki i nieco chaotyczny post nie wyczerpuje tematu w żaden sposób. Z pewnością wróci on.. kiedyś..