Miałem ambitny plan napisać o kanadyjskiej grupie Great Lake Swimmers, ale tak naprawdę nie potrafię nawet jasno zdefiniować jaki rodzaj muzyki oni grają. Usypiający głos wokalisty akompaniowany spokojnym brzdękaniem pewnie ma jakąś nazwę. Ja nie wiem.
GLS dla mnie są zespołem jednego przeboju, bo choć ładnie się ich do kotleta słucha, to większość ich twórczości leci na jedno kopyto. Brzmię dość krytycznie ,ale wierzcie mi, i tak biją na głowę 90% z tego co można usłyszeć w radiu i telewizji. Taki miły band do posłuchania w ramach świątecznego chilloutu.
Ryc.1 “Your Rocky Spine”, czyli wszystko co potrzeba wiedzieć o GLS. Ładny teledysk gratis.
Się zaroiło ostatnio w kinach od ekranizacji różnorakich komiksów. Dzieła te (podobnie jak ekranizacje gier) słyną głównie z tego, że są kwaśne i nie dorastają do pięt oryginałom. Ale pod koniec 2008 zaskoczono mnie dwoma świetnymi filmami: “Punisher:War Zone” i “Watchmen”. Jak na ironię każdy z jednego z dwóch największych wydawnictw zajmujących się komiksieniem. Także oba z ratingiem co najmniej R, co ma duże znaczenie,jako że przycinanie filmów do warunków pg-13 żeby poszerzyć widownie o dzieciarnie znacząco pogarsza sprawę już na starcie w 99% produkcji tego typu. I jeszcze więcej różnic, oba traktujące o anty-bohaterach. Czy to właśnie jest recepta na sukces?
Ryc 1. Watchmeni, trajler w wersji nieobecnej na polskim rynku. Świetnie dobrana muzyka (Muse – Take A Bow) do zwiastuna najwierniejszej ekranizacji (jakies 90% fabuły i dialogów nie uświadczyło zmian) jaką zdarzyło mi się oglądać
Ryc 2. Frank Castle aka Charles Fort aka Johnny Tower aka The Punisher. Najlepszy bohater komiksu ever. Trailer taki trochę mniej oficjalny,na którym zamiast czczego gadania przez 5 minut Frank does his best – punishing. A narracje i tak song w tle ma właściwą
Było nie było mnie długo nie. Mam wykręt, sesja. I światełko w tunelu, po 3 latach trzeciego roku robię podstępy. I w życiu prywatnym też podstępnie. Zabluźniłbym sobie, że ciężko nie jest, ale wtedy (z reguły) życie się odwija z liścia co by takich głupot nie gadać. Więc tego nie powiem. Ale doktor coś przepisał i to działa.
Ryc 1. Młode Ladaca powiedzą co przepisał dóchtór. Proszę zwrócić uwagę na Emo grzywę klawiszowca. Oni istnieli już w ‘66 !
A teraz dalsze zaległości, tym razem muzyczne.
Początkujac od tego co tygryski lubią najbardziej, czyli blues’a. Dopadłem ostatnio takową płytę co się nazywa “Songlines” i okazuje się być albumem świetnego gitarzysty imieniem Derek oraz jego bendu (jak nazwa wskazuje). Powiem tylko, że Derek zasuwa jakby był czarny, wokalista jest czarny, a cała reszta jest jeszcze lepsza. Z tym bluesem to trochę zbajerowałem, głównym zajęciem TDTB jest miksowanie czego się da. Ale bluz tam zawsze gdzieś się czai.
Ponieważ 5:56 muzyki jest lepsze niż tysiąc słów, będzie nagranie (od Sony BadMofoGroup, mam nadzieję ze nie wyleci z jołtjuba)
Ryc 2. Derek Ciężarówek i jego bend śpiewają o Kruczej Jance.
Sprawy muzyczne jeszcze bardziej zaległe. Taki gatunek muzyki jest, co dla mnie zawsze był rockiem z południa. Jak się teraz okazuje, wcale nim nie jest, tylko się zwie Stoner Rock albo Desert Rock. Mocne to, proste w konstrukcji i generalnie przyjemne jak ktoś nie jest akurat zbyt wymagający w danym momencie. Przynajmniej trzy dobre kapele to robią.
Ryc 3. Bando numero uno: Wolfmother, najlepsza rzecz robiona w Australii od czasu AC/DC i Vauxhalla Monaro.
Ryc 4. bandy zwei: Eagles of Death Metal i Queens of the Stone Age. Oba zespoły pochodzą z Palm Desert i oba mają tego samego gitarzysta. Oba dostały tylko jedno miejsce w tym blogu i rzut monetą wypadł na EoDM.
Ryc 5. Zespół numer trzy: Cytujac za wiki (chciało mi się..) “The lyrics on Fu Manchu’s releases tend to stick to the topics of pinball, muscle cars, UFOs, Bigfoot, drugs, poker, women and skateboarding.” I jak tu ich nie kochać?
Mega zaległa sprawa (bonus hidden mega track)
Sabaton to taka power metalowa kapela, śpiewająca cały czas o wielkich bitwach,wojnie i innych zabawkach dla dużych chłopców. Niewiele lepsze to od Manowara (zwanego tu i tam Samowarem), ale jakos tak od albumu Attero Dominatus nie mogę się odczepić. Najbardziej rzewna z rzewnych piosenek świata, a z drugiej strony ich największy przebój to “Nuclear Attack”.. i nie będzie go tu. Jako maniak serii Silent Hunter wrzuce coś zgoła innego.
Stacja 1 (benzynowa). Miał być cover “Little Wing” Hendrixa, ale jołtjub ma same kiepskie nagrania z koncertów. Więc zamiast tego Popa, jeden z najlepszych żyjących gitarzystów świata, w obciachowy sposób popisze się swoim czerwonym Mustangiem Bossem.. Chyba 302 albo 351, zawsze chciałem takiego mieć :(
I w ten sposób startujemy z kolejną odsłoną długiego jak Moda na Sukces i wyczekiwanego jak Duke Nukem Forever serialu pt. “Dlaczego Covery Ssą?”
W dzisiejszym odcinku: Święty Jimi! Czyli covery które nie mogą być złe.
Właściwie to ciężko skopać songi boga gitary. Wynika to z prostego faktu, że aby zagrać “Voodoo Chile”, “Red House”, “Little Wing” czy jakikolwiek inny kawałek z rozbudowaną częścią do improwizacji/mega wielkim solo trzeba na gitarze umieć grać. Umiec przez duże U. Dlatego każdy cover JH który usłyszycie grany na scenie zawsze wykonywany jest przez gościa, którego nazwisko już dawno jest znane i poważane, a nie przez jakąś popową gwiazdkę. Tak z głowy kilka pierwszych: Stevie Ray Vaughn, G3 (w składzie Eric Johnson, Steve Vai, Joe Satriani + ewentualnie Yngwie Malmsteen), Leszek Cichoński (tak,my też mamy świetnych gitarzystów) czy Eric Clapton. Ten ostatni nagrał jako pierwszy cover “Little Wing”, pojawia sie na płycie “Layla and other assorted love songs“ Derek & The Dominos.
(dygresja)Świetna płyta, do dziś mam ją jeszcze na kasecie. Słuchanej tak często, że połowa taśmy została dawno przerzuta przez stada zdziczałych magnetofonów. Jak można się domyślać, jest to także pierwszy album na którym pojawia się “Layla” (/dygresja)
A mimo tego, na płycie “MTV Unplugged” udało mi się znaleźć taki cover, po którym siostry Corrs mają u mnie przechlapane na zawsze.
Stacja 2.Jimi Hendrix upada po raz pierwszy. A siostry Corrs podbiegają i go glanują.
Może i mógłbym im choć trochę wybaczyć, za ten piekny wokal. Ale niestety Sheryl Crow też ma piękny wokal, a poza tym była w stanie wyciągnąć swojego ex z domu coby jej piknie na gitorze przygrywał
Stacja 3. Podbiega Sheryl z Claptonem i ratują pamięć o Jimim.Mimo tego że wersja EC też odbiega daleko od oryginału. A potem David Sangborn wyjmuje sax i szczęka opada.
To tyle na dziś, strasznie poważna sprawa, te covery. Do zobaczenia w następnym odcinku.
Świąteczny czas to czas dań, których jest za dużo i będziecie je odgrzewać przez cały następny miesiąc. W tym krótkim czasie pewne muzyczne danie mi wypłynęło, strasznie stare.
Dawać je do mikrofali!
Nie wiem co mnie naszło z tym Soul Asylum, a zresztą, czy ja muszę się tłumaczyć z faktu, że jak pewne rzeczy mi się podobają to zawsze jest dla nich specjalny dołek w moim sercu?
Hmm. Anyway, jak już lecimy w zgwiezdno-wojenkowe klimaty tym tytułem to wewnętrzny Yoda powtarza mi “listen did you not, now screwed we all be”.
Pfft, screw it.
Dawno się dobrze nie ubawiłem grając w głupie gry. Dawno też nie siedziałem do 5 rano w pokoju pełnym kompów, gdzie co chwila ktoś wybuchał śmiechem szaleńca.
Oto i powód, najlepsza gra wyścigowa roku 2006,2007,2008 i pewnie 2009.
Nie dajcie się zwieść “T” as for Teen. Powinno być “P” as for Psycho. A te delikatne obcierki lakieru tudzież pomyłki przy parkowaniu pokazywane na trailerze to nic w porównaniu z tym co się tam naprawdę dzieje.